Na twarz opiekuna chłopca powoli wracało życie, ale cały czas nie mógł wykrztusić słowa. Każdy wiedział, że gdyby tylko mieszkanka doniosła kapłanom o dotknięciu przez wiernego, musiałby wraz z rodziną pożegnać na zawsze bezpieczne okolice miasta i osiąść samotnie gdzieś w suchej pampie. Wystarczająco dobrze pamiętał opowieści dziadka o koczowniczym trybie życia z dala od ośrodków kultu Świętej Łucji, o głodzie, zimnie, niekończących się napaściach zbrojnych band i ciągłym strachu, żeby być naprawdę gorliwym wiernym. Za nic w świecie nie chciał opuszczać miasta.
Tak to już jest ze starcami, z wiekiem coraz bardziej upodabniają się do siebie, aż w końcu robią się niewidzialni.
– Może mogę ci jakoś służyć w tej kwestii, pani? – W głosie starca zabrzmiała nadzieja.
– Nie, Sulafacie, ten czas przeminął, ostatnich przygotowań muszę doglądać sama. Sama muszę gasić to, co niegdyś zapaliłam. Przykro mi i z bólem się z tobą rozstaję. Świadomość, że któreś z moich stworzeń zna mnie wciąż i kocha, niosła mi czasem ukojenie. Nie może jednak być inaczej. Jeśli tego potrzebujesz, mogę dać ci jeszcze chwilę, ale twoje życie dobiega końca.
„Juanie, praojcze mojego ojca, ja, krew z twojej krwi, ciało z ciała, usłyszałem ciszę i poszedłem, i oto widzisz mnie teraz, tonę! Zaklinam cię, wracaj! Nie da się spełnić twojej przepowiedni, na tej drodze czeka cię śmierć, wszystkich czeka śmierć, zawróć!”
– Jestem substancją istnienia. Jestem jedynym, co nie zostało nazwane, nie zostało stworzone i nie ma imienia. Byłam zawsze i będę zawsze. Jestem pierwszą przedwieczną, pradawnym oceanem, białym ogniem pierwotnego chaosu, matką wszechrzeczy. Jestem początkiem i końcem świata, wszystko, co istnieje, zbudowane jest ze mnie. Ze mnie płynie wszelkie prawo, ze mnie wychodzi wszelkie stworzenie. Jestem narodzinami i śmiercią wszelkiego życia, narzędziem odwiecznego cyklu wszechświata.
– Tak, znam mitologię – przerwał Melchior. – Wieki temu istniał świat stworzony przez bogów, ale został zniszczony w wielkiej wojnie razem z jego stwórcami. Na gruzach nasi przodkowie wznieśli nowy świat za oceanem, zjednoczeni pod wodzą Świętej Łucji, odnowicielki. Dopóki pamiętamy o naszych przodkach, dopóty oni wciąż żyją poprzez nas i dopóty trwa ich dzieło. – Zrobił zniecierpliwioną minę. – Każde dziecko zna te historyjki.
– Być może będzie nam po drodze. – Nieznajoma wstała i podeszła do posłania Melchiora. – Tymczasem postaram się tchnąć spokój w twoje sny. Zapamiętaj z nich jak najwięcej, bo nigdy nie spojrzysz na prawdę z mniejszego dystansu niż właśnie w tych wizjach.
– Należy oddzielić zdrowie od choroby, przyszłość od przeszłości i światło od ciemności. Wszystko, co stare, umarło, a wszystko, co wciąż trzyma się starych obyczajów, jest skazane na śmierć.
– Nie chodzi o to, że się boję, ale Juan Ciego miał wizje i to one mówiły mu, co robić oraz dokąd iść.
– Ty też masz wizje. Tylko tak samo jak z życia, również z wizji uparcie nic nie rozumiesz.
– Z samym płodzeniem też się dobrze bawili, we wszystkim, co robili, bogowie byli… jak by to określić na twoje potrzeby… bardzo kreatywni. Dawno temu Arktur z Izarem przodowali w tych pomysłach, Izar zstępował na ziemię pod postaciami byków, łabędzi… Raz przemienił się w faceta ze skrzydłami, a po wszystkim przekonał tę dziewczynę, żeby utrzymywała, że wciąż jest nietknięta, a zapłodnił ją święty duch. Mieli fantazję i wydawało im się, że ich czas nigdy nie przeminie, więc trwonili go na błahostki.
– Używając waszych terminów, Arktur był miłością mojego życia. Był moją antytezą, podsycał mój od zarania dziejów gasnący ogień przez całe ludzkie tysiąclecia. Tak, był bogiem, pierwszym, jakiego stworzyłam i jednym z najpotężniejszych. Tak, zabiłam go.
– Bo cię zdradził?
Melchior przełknął ślinę i zadrżał, nagle zrobiło mu się bardzo zimno. Nie wiedział, czy spowodowały to słowa kobiety, czy tylko akurat teraz przeniknął go chłód zapadającej właśnie, pierwszej w jego życiu nocy na oceanie.
– Historię piszą zwycięzcy, Melchiorze, to wiedzą nawet ludzie. – Jej głos znowu był obojętny. – A ja jestem ostatnią z żyjących, więc to ja decyduję, kto był zdrajcą, a kto zdradzonym.
– I… wszystkich zabiłaś? – Melchior przełknął ślinę. Ciągle trochę się jej bał.
– Nie wszystkich własnoręcznie. Ale właściwie możesz przyjąć, że tak.
Wydało mu się, że słyszy w jej głosie smutek.
– Żałujesz czasem? – wyrwało mu się, zanim zdążył rozważyć, czy takie pytanie to dobry pomysł.
– W tym sensie, że chciałabym cofnąć czas i tego nie zrobić? Nie. Stanowię początek i koniec wszelkiego życia, to moje przeznaczenie. Nie może być inaczej, wszystko musi umrzeć z mojej ręki, to nie jest kwestia „czy”, tylko „kiedy”. W tym sensie, że tęsknię za nimi i cierpię z powodu ich śmierci? Nieustannie.
– Moi starzy to tacy cholerni tradycjonaliści, którzy nie chcą się zgodzić na żadne modyfikacje. Nie mogę się już doczekać, aż wyprowadzę się z domu. Pierwsze, co zrobię, to pójdę do jakiegoś gabinetu dla reliktów i każę sobie obciąć palec. Do czego człowiekowi palec?
– Tak to właśnie jest ze śmiertelnymi wyznawcami – westchnęła. – Dzięki za przypomnienie, dlaczego nigdy nie przepadałam za tą zabawą. A może by tak: „Bądź pochwalona, stworzycielko światów, pani ognia, jakich ofiar sobie życzysz za wysłuchanie moich modlitw”? Nie pamiętasz już, jakimi pięknymi imionami wzywałeś mnie w przerażeniu ani że obiecałeś mi ofiary w zamian za zmianę pogody, co? Z ludźmi tak zawsze, jak trwoga, to do boga, a następnego dnia zachowują się, jakby nic się nie stało.
– Obrzydliwe! – Melchior się wzdrygnął. – Knajpy pełne ludzi przypominających potwory, dzieci marzące o okaleczeniach, zdeformowani prorocy! Hendrik miał trochę racji co do starego świata.
– Obrzydliwe? – Posłała mu przenikliwe spojrzenie. – Za to twoja rodzima sekta porzuca takie zdeformowane dzieci na stepie na pewną śmierć i to cię nie brzydzi?
– Nastał ostatni eon, nadeszła długo wyczekiwana zima, która nareszcie rzuci nas wszystkich w chłodne objęcia chaosu. Ten obrót odwiecznego cyklu dopełnia się, a wam, śmiertelnicy, przypada w udziale zaszczyt doświadczenia jego końca podczas waszych krótkich żyć. Wszyscy wraz ze mną zmienicie się w proch, który pochłoną niestrudzone fale pierwotnego oceanu entropii. Z jego toni, zgodnie z jedynym, niezmiennym prawem, kiedyś ponownie wybuchnie ogień stworzenia, który zrodzi nowe światy.
Samą tę chwilę wyobrażał sobie na tysiące sposobów, ale żaden z nich nie przypominał ani trochę tego, jak naprawdę się wydarzyła, więc próby przewidzenia, co się stanie później, i tak nie miałyby większego sensu.
– Teraz wypełnimy nasze przeznaczenie – odpowiedział po namyśle. – Jakiekolwiek by było.
Melchior przypatrywał się, jak dziewczyna pracuje, rozmawiając przy tym i żartując ze swoimi towarzyszami. Widział, jak silnymi ramionami lekko unosi ciała ofiar i bez wahania wrzuca je w płomienie. U celu pięćsetletniej drogi poczuł się przeraźliwie samotny.
– Myślałam, że wszyscy zniknęli – wyjąkała, a po chwili wybuchnęła histerycznym śmiechem.
– Naprawdę na moment wbiłam sobie do głowy, że zostałam sama na świecie i nigdy już nie zobaczę żadnego człowieka. A potem ty wyłoniłeś się z tej cholernej, białej pustki. Strasznie głupie, nie?
– Nareszcie – westchnęła i wraz z drzewem, Aladfarem, niemowlęciem i spacerującą po jego czole oszołomioną mrówką, uwolnioną nagle i na krótko z więzienia bursztynu, zamarzła i rozprysła się w chmurę lodowego pyłu.
|
|




